Powrót do ula

Po zakończonych godach, kiedy wracałam do ula, czułam się jakoś inaczej. To nie było tylko zmęczenie po intensywnym locie. Robotnice od razu zaczęły mnie otaczać, sprawdzając, czy wszystko przebiegło pomyślnie. 


One instynktownie wiedziały, że teraz moje ciało zmieni się. Mój odwłok stał się pełniejszy, cięższy od zgromadzonego nasienia. Ta dodatkowa waga sprawiała, że latanie stało się trudniejsze, wręcz niebezpieczne.

Robotnice karmiły mnie teraz nieco inaczej, dostosowując dietę do mojej nowej roli – matki składającej jaja. Mleczko pszczele nadal było obecne, ale w nieco mniejszych ilościach. Moja energia miała być teraz skierowana na produkcję jaj, a nie na wysiłek związany z lataniem.

Pamiętam, jak jedna ze starszych robotnic delikatnie dotknęła mojego odwłoka, jakby sprawdzając jego ciężar. Potem wspięła się na moje plecy i zaczęła czyścić mi skrzydła z niezwykłą starannością. To był cichy komunikat. Wiedziałam, że moje skrzydła, choć tak dzielnie służyły mi podczas lotu godowego, już nigdy nie poniosą mnie w daleką podróż. Moim przeznaczeniem od teraz było pozostanie w ulu, składanie jaj i dbanie o ciągłość naszej pszczelej rodziny.

Nie czułam żalu. Instynkt macierzyński budził się we mnie z każdą chwilą. Czułam w sobie potencjał tysięcy przyszłych pszczół. Moim królestwem stał się ul, a moją misją – zapewnienie mu silnego i licznego potomstwa. Lot godowy był jedynym i najważniejszym lotem w moim życiu. Teraz nadszedł czas na nową rolę, równie ważną i pełną wyzwań.

Komentarze