Niedługo po powrocie z lotu godowego poczułam w sobie nową, pulsującą energię. To było pragnienie złożenia pierwszych jaj. Robotnice wyczyściły i przygotowały dla mnie komórki plastra.
Zauważyłam, że były dwa rodzaje tych komórek. Większe, o szerszych otworach, przeznaczone były dla przyszłych trutni – samców, którzy powstaną z niezapłodnionych jaj. Mniejsze, o węższych wejściach, czekały na zapłodnione jaja, z których wyklują się robotnice – bezpłodne samice, stanowiące trzon naszej społeczności.
Pamiętam swój pierwszy raz. Robotnice otoczyły mnie ciasnym kręgiem, tworząc swego rodzaju świtę. Czułam ich delikatne dotknięcia i wibracje skrzydeł, jakby mnie dopingowały. Podeszłam do pierwszej komórki – małej, idealnie dopasowanej do wielkości przyszłej robotnicy. Skupiłam się i złożyłam maleńkie, białe jajeczko na dnie komórki. To było niesamowite uczucie – dałam początek nowemu życiu!
Potem przeszłam do większej komórki i złożyłam kolejne jajeczko. Tym razem wiedziałam, że będzie to truteń. Nie musiałam go zapładniać – to cudowna zdolność, partenogeneza, pozwala mi na wydawanie na świat męskie potomstwo bez udziału trutnia.
Moja świta robotnic nieustannie mnie wspierała. Jedne czyściły komórki, przygotowując je na kolejne jaja, inne karmiły mnie, abym miała siłę do nieustannej pracy. Czułam się jak królowa w otoczeniu swoich wiernych poddanych.
Z każdym złożonym jajeczkiem rosła moja pewność siebie i poczucie spełnienia. Wiedziałam, że od teraz moim najważniejszym zadaniem jest zapewnienie ciągłości roju. Moje dni wypełniły się nieustannym składaniem jaj, a wokół mnie nieustannie uwijały się moje oddane robotnice, dbając o mnie i o przyszłe pokolenia pszczół. Ten pierwszy lot godowy dał początek nowemu rozdziałowi w moim życiu – życiu matki i królowej.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz